Quo vadis, digitalizacjo?

By  | 11/01/2013 | Filed under: wszystkie

Tydzień temu, w piątek 4 stycznia, w siedzibie Centrum Cyfrowego świętowaliśmy Dzień Domeny Publicznej, czyli wygaśnięcie majątkowych praw autorskich do dzieł których twórcy zmarli w 1942 r. Gośćmi dyskusji o korzystaniu z domeny publicznej w wirtualnych projektach byli: Łukasz Kozak (blog Discarding Images), Tomasz Ganicz (Wikimedia Polska), Łukasz Kowalski (Brama Grodzka – Teatr NN) i połowa innego muzeum – Dorota Kawęcka. Rozmowa poprzedzona była krótkimi prezentacjami przykładowych realizacji wykorzystujących zasoby domeny publicznej. Relacja video z całości wydarzenia dostępna jest na stronie Historia i Media, a relacja audio jako podkast w formacie mp3 została zrealizowana przez Wikiradio.

W dyskusji pojawiła się kwestia, która często towarzyszy refleksji na temat otwierania zasobów – jaki jest ostateczny cel cyfryzacji zbiorów? Jeśli chodzi o instytucje sektora GLAM, od kilku lat prowadzone są intensywne działania mające na celu digitalizację ich zasobów, finansowane głównie z programu Kultura+ MKiDN. Podczas ostatniego festiwalu Kutlura 2.0 w Narodowym Instytucie Audiowizualnym można było zobaczyć rezultaty tych prac (Repozytorium Cyfrowe Filmoteki Narodowej) i poznać sposoby digitalizacji zbiorów (stoisko Federacji Bibliotek Cyfrowych). Oprócz tego istnieją projekty lokalne takie jak Wirtualne Muzea Małopolski, serwis finansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2007-2013 oraz ze środków Województwa Małopolskiego.

Digitalizujemy więc na potęgę, a efekty ilościowe mogą robić wrażenie na niejednym użytkowniku Internetu (m.in. ponad milion obiektów w Europeanie). Może to przesłaniać fakt, że samo stworzenie cyfrowej wersji obiektu nie stanowi celu, a jedynie środek. Owszem, propagowanie idei dostępności zbiorów w żadnej mierze nie jest misją bliską finału. Dlatego, mimo imponującego wyniku wysiłku digitalizacyjnego, nadal konieczne jest zwalczanie przesądów dotyczących zgubnego wpływu Internetu na frekwencję i oswajanie bardziej opornych z nowymi technologiami oraz sposobem ich wykorzystania z korzyścią dla wszystkich stron. Choć świadomość wagi udostępniania muzealnych kolekcji stale rośnie, zdarzają się nieopatrzne wypowiedzi marginalizujące rolę nowych technologii i sprowadzające umieszczanie zdigitalizowanych obiektów w sieci do formy reklamy prawdziwego muzeum [1]. Jednak równie ważne, co promowanie cyfryzacji zasobów, a może nawet bardziej istotne, jest zastanowienie się nad dalszym ich użytkowaniem oraz tworzeniem rozwiązań, które umożliwiłyby zainteresowanym ich przetwarzanie. Patrząc na to, co dzieje się w sektorze GLAM na świecie nasuwa się smutny wniosek, że jako kraj znów pozostajemy w tyle za innymi. I nie wynika to z zapóźnień technologicznych, które zmuszeni jesteśmy nadrabiać w przyspieszonym tempie ale w dużo większej mierze z mentalności – która zmienia się znacznie wolniej.

W gruncie rzeczy, samo umieszczanie cyfrowych reprezentacji zbiorów w internecie w formie katalogów – na poziomie teoretycznym – w niewielkim stopniu różni się od wystawiania eksponatów przestrzeni muzeum. Opracowane przez eksperta obiekty lądują w przeznaczonym do tego, wyodrębnionym miejscu, gdzie mogą być podziwane. Zazwyczaj dostajemy więc zbiór danych, katalog, na którego kształt nie mamy wpływu. Popularną opcją jest możliwość tworzenia własnej wirtualnej galerii z dostępnych w katalogu obiektów (Muzeum Historii Fotografii, Muzeum Narodowe w Warszawie), jednak konceptualnie nie odbiega to od przeglądania i selekcjonowania dostępnych zasobów. W niektórych projektach baza zdigitalizowanych obiektów zawiera też materiały edukacyjne, w tym multimedialne (świetnym przykład stanowi Your Paintings, opisany przez Zuannę Stańską). Pójście krok dalej poprzez umożliwienie użytkownikom na dodawania znaczników (tagów) i kategoryzowania za ich pomocą kolekcji, jest nie tylko formą pomocy w uporządkowaniu kolekcji – ale przede wszytkim świadczy o zupełnie odmiennym postrzeganiu roli użytkownika przez instytucję. Stanowi deklarację uznania równorzędności tych dwóch podmiotów. Oto bowiem informacje naniesione przez amatora są równie wartościowe, jak te podane przez eksperta (ten podział i nazewnictwo są zresztą również ze starego porządku, ponieważ niejednokrotnie okazuje się, że ów amator posiada ogromną wiedzę w danej dziedzinie i wzbogaca nią bazę obiektów). Co ważne, w folksonomii imperatyw wiedzy schodzi na dalszy plan – kategorie odzwierciedlają praktyczne podejście do zbiorów, przede wszystkim potrzeby odbiorców, którzy oprócz akwafort mogą też w zdigitalizowanej kolekcji poszukiwać wszystkich obiektów mających związek z samochodem. Standardowy opis obiektu niekoniecznie musi zawierać taką informację natomiast obiekt opisany z użyciem znaczników nie jest ograniczony sztywnymi wytycznymi (wspomiany Your Paintings po ukończeniu digitalizacji wszystkich obrazów olejnych, będących w zbiorach brytyjskich instytutcji, zainicjował akcję oznaczania tych zbiorów, zachęcając użytkowników takimi hasłami jak: „Tagging is easy” i „You don’t need to know about art”).

Są też i takie kolekcje, o których nie wiadomo zupełnie nic i tylko wytężony wysiłek grupy osób może zaowocować ich opisem (zob. Anonieme Snapshots ze zbiorów Huis van Alijn). Znaczniki mogą również przyjmować formę współrzędnych geograficznych – możliwość wprowadzenia tego typu danych dała swoim użytkownikom swojego serwisu Christchurch Art Gallery. Dzięki temu udało się zidentyfikować miejsca przedstawione na pejzażach z kolekcji oraz stworzyć mapę i oś czasu, prezentujące w sposób przekrojowy historię malarstwa nowozelandzkiego. Są również sposoby wykorzystania zdigitalizowanych zbiorów, których ich twórcy nie przewidzieli, ale są otwarci na taką ewentualność. Coraz powszechniejsze są hackathony wykorzystujące publiczne dane, w tym także pochodzącę z instytucji kultury (brytyjski Culture Hack North, holenderski Hack de Overheid współorganizowany przez Open Cultuur Data oraz ich dłuższy konkurs, którego wyniki ogłoszono 16 stycznia br.). Fundacja Europeana zainicjowała serię takich wydarzeń pod nazwą Hack4Europe!, podczas których programiści tworzą prototypy aplikacji opartych na danych z Europeany (Europeana API) . Wydawać by się mogło, że jest to całkiem niszowe zjawisko jednak nawet na stronie ogólnopolskiego tygodnika Wprost zamieszczono ogłoszenie o rekrutacji do tego sprintu programistycznego, w którym wyjaśniono, że  „[c]elem konkursów jest odkrycie możliwości, jakie otwarte dane związane z dziedzictwem kulturowym niosą dla rozwoju społecznego i ekonomicznego Europy” [2]. Ponieważ 12 września 2012 r. Europeana udostępniła wszystkie metadane ponad 20 milionów obiektów na licencji CC0, programowanie  z użyciem tych zasobów – i szerzej, jakiekolwiek ich wykorzystanie – stało się jeszcze bardziej dostępne.  Jest to krok przełomowy  i – mając na uwadze, że Europeana ma moc wyznaczania trendów w sektorze GLAM – można się spodziewać, że coraz więcej instytucji będzie udostępniać swoje zasoby na tej licencji:

Europeana’s move to CC0 is a step change in open data access. Releasing data from across the memory organisations of every EU country sets an important new international precedent, a decisive move away from the world of closed and controlled data.[3]

Postulowanie digitalizacji zbiorów w celu umożliwienia zainteresowanemu odbiorcy dalszego ich przetwarzania wydaje się zbieżne z koncepcją muzeum partycypacyjnego, o której szeroko pisałyśmy na blogu:

[W] muzeum partycypacyjnym zwiedzający jest nie tylko aktywnym uczestnikiem, ale także współautorem treści prezentowanych muzeów w tym sensie, że może manipulować nimi, przetwarzać je, komentować, wpływać na ich zmianę. Partycypacja w muzeum to więc nie tylko interakcja zwiedzającego z elementami ekspozycji, nie tylko interakcja zwiedzających ze sobą, ale przede wszystkim przygotowanie zwiedzającemu zupełnie nowej roli – roli autora. Zwiedzający, na drodze samodzielnych działań i we współpracy z innymi zwiedzającymi, staje się współtwórcą treści, prezentowanych przez instytucję.

Nie należy jednak zawężać grona odbiorców tylko do osób, które w sposób bezpośredni przetwarzają dane udostępnione przez muzea.  Przykład hackathonu pokazuje, że odbiorcą jest nie tylko ten, kto koduje, ale też użytkownik aplikacji, która niejednokrotnie pozwala na modyfikowanie istniejących dzieł (MuseApp – zwycięzca Open Cultuur Data Competitie 2012) lub ich nieszablonowe wykorzystanie (Doek voor in je hoek stworzona podczas Hack de Overheid). Dlatego właśnie potrzebujemy obiektów na wolnych licencjach, a zwłaszcza tych z domeny publicznej. W praktyce, na egzekwowaniu umieszczania zbiorów w domenie publicznej dużo bardziej zależy użytkownikom niż instytucjom ponieważ one już mają do nich dostęp. To my, właściciele dziedzictwa, musimy się domagać, by te kolekcje nam udostepniać w wygodnej formie i na warunkach, które umożliwią swobodne z nich korzystanie.

 

 

 

 

[1] Wywiad z prof. Jerzym Święchem, opublikowany w serwisie Historia i Media:
JŚ: […] Chociaż wśród muzealników były obawy, czy taka przestrzeń wirtualna jak Portal WMM nie odbierze im zwiedzających.
KM: No właśnie, nie odbierze?
JŚ: Doświadczenia wskazują, iż taka forma reklamy nie tylko nie zabiera, ale ściąga nowych odbiorców. Zabawa przy ekranie komputera wywołuje ciekawość i chęć zetknięcia z oryginałem. Wiele znanych eksponatów muzealnych powielanych jest w tysiącach egzemplarzy, w formie druku czy elektronicznego zapisu, a mimo to systematycznie rośnie liczba zwiedzających muzea.
[2] Źródło: http://www.wprost.pl/ar/320293/Hakujesz-Zglos-sie-do-konkursu-Fundacji-Europeana/
[3] Źródło: notatka prasowa.
[4] Więcej na temat rosnącej roli otwartych zasobów instytucji dziedzictwa oraz sposobów, w jakie wpływają na wystawy, kolekcje oraz marketing w sektorze GLAM można przeczytać we właśnie opublikowanym NMC Horizon Report > 2012 Museum Edition.

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *